Insulina w przedszkolu
Tak rozpoczyna się artykuł Magdaleny Warchala pt. „Przedszkolanki nie chcą robić zastrzyków” opublikowanym w katowickim wydaniu gazety.pl. Ta bulwersująca mnie i jednostronnie potraktowana sprawa postawiła przedszkolanki w niekorzystnym świetle podkreślając ich znieczulicę i niechęć do dzieci przewlekle chorych. Nie skupiono się na decyzjach rządu, tylko na osobach, które stały się narzędziami do realizacji górnolotnych i nieprzemyślanych planów, a dla których dobro dziecka jest najwyższą wartością.
Jestem przedszkolanką i mam swoje zdanie na ten temat.
Po pierwsze:
Nie odważyłabym się podać leku dziecku w przedszkolu pod żadną postacią. Nie podałabym syropku, leku przeciwbólowego ani antybiotyku, bo i takie zalecenia czasami od rodziców dostawałam. Tym bardziej nie podawałabym zastrzyków insulinowych.
Czy boję się odpowiedzialności? Oczywiści, że tak. Przecież chodzi o życie i zdrowie dziecka. Jestem człowiekiem, mam uczucia i nie darowałabym sobie do końca życia, gdyby z mojego powodu coś się stało dziecku.
Po drugie:
Myślę, że większym problemem niż zastrzyki insulinowe byłoby dla mnie to, że dzieci przewlekle chore wymagają szczególnej obserwacji i ciągłego monitorowania. Czy w 25 osobowej grupie jestem w stanie skupiać ciągłą uwagę tylko na tym dziecku? Co będzie jeśli podczas zabaw podwórkowych, gdzie jest duża przestrzeń i często więcej niż jedna grupa dzieci nie dostrzegę niebezpieczeństwa dziecka chorego na cukrzycę, epilepsję itp.
Jedna z mam w przytoczonym artykule napisała, że nie otrzymała miejsca w przedszkolu i była zmuszona zatrudnić emerytowaną sąsiadkę do swojego dziecka. Nie było dla niej problemem nauczenie się robienia zastrzyków insulinowych. A, ja dodam: dajcie tej opiekunce jeszcze choćby 10 dzieci, a gwarantuję, że nie będzie chciała opiekować się dzieckiem z cukrzycą w tej grupie.
Po trzecie
Chciałabym bardzo, by te dzieci miały możliwość korzystania z przedszkolnego dobrodziejstwa, ale na boga, niech się ludzie porządnie zastanowią zanim chlapną nieprzemyślaną decyzją. Najłatwiej być “dobrym wujkiem”, który dzieli cukierkami nie wiedząc, jakie są tego konsekwencje, bo on już zębów dawno nie ma i cukierki mu nie szkodzą.
Po czwarte
Czy ludzie “z góry” zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa pobytu dziecka chorego na cukrzycę w 25 osobowej grupie? Czy na pewno wiedzą, na czym polega praca w przedszkolu i jak wygląda dzień nauczycielki w 25 osobowej grupie?
Jeśli decydenci chcą być “dobrym wujkami”, to raczej niech dadzą pieniądze na dodatkową osobę, która przez cały czas opiekowałaby się takim dzieckiem w grupie. Byłoby to z korzyścią dla dziecka i całej grupy i nikt by na tym nie stracił, poza….Budżetem państwa. Ale czego nie robi się dla dziecka.

Przyznam się, że sprawa jest mi o tyle obca, że ani matką nie jestem, ani nie specjalnie znam dzieci chore na cukrzycę. W tym komentarzu chcę tylko napisać, że Pani postawę popieram. Stojąc z boku łatwo mówić co się tam chce, a odpowiedzialności się nie czuje, Wszystko wydaje się prostsze, i może mówię na podstawie o wiele bardziej banalnych doświadczeń, ale jakaś aproksymacja jest tam możliwa.
)Ech.
Niestety trudno przezwyciężyć ludzki problem nieumiejętności złapania odpowiednie perspektywy (który u polityków w wielu sprawach osiąga rozmiary zaiste gargantuiczne
Proszę zatrudnić tych desydentów do przedszkola za minimalną krajową do 36 dzieci-bo tyle przecież jest zapisywanych. Do takiej grupy nie przydziela się pomocy, nie ma nawet obuwia, fartucha ochronnego!!
Po roku takiej pracy proponuję przeczyć im głośno tę broszurę i dodać kilkoro chorych dzieci!!
Nie poddawaj się. Masz stuprocentową rację. Leczyć powinni lekarze, a nie przedszkolanki. Niech każdy wykonuje swój zawód w takim zakresie w jakim został on powołany, a nikomu nie zabraknie w tym kraju pracy
.